środa, 8 sierpnia 2012

tagliatelle w sosie kurkowo - jabłkowym

Kurkowa propaganda (łąki łanda) - trwa!

Zmotywowana zakupem kurek u przydrożnego sprzedawcy, zainspirowana tym przepisem Koleżanki Agaty oraz naładowana alternatywną Łąki Łanową energią - wpadłam do kuchni.

W podskokach wyjęłam wszystkie niezbędne składniki:
porcja dla 4 osób
czas przygotowania: 45 - 60 min.
stopień trudności: łatwy, średni, trudny
ilość zużytych naczyń: wuchta:), czyli dużo
współczynnik bałaganu: jak okiem sięgnąć - po horyzont:)

  • 2 szklanki kurek
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • 1 łyżka masła
  • 0,5 średniej wielkości cebuli (w oryginalnym przepisie występuje dymka)
  • 1 słodko-kwaśne jabłko (ja użyłam jonagold)
  • 2 ząbki czosnku
  • 200 ml (1 opakowanie) śmietanki 30% - świeżej (nie uht)
  • 80 ml (pół kubka) jogurtu naturalnego
  • 100 g rukoli
  • 1 duża pierś z kurczaka
  • sól, pieprz, słodka papryka
  • makaron (ja użyłam tagliatelle)
  • 0,5 szklanki wody z obgotowania kurek
i w szale zabrałam się do przygotowywania dania, które prześladowało mnie przez kilka ostatnich dni.




Najpierw podgotowałam, tak jak Agata przykazała, przez jakieś 7-8 min. kurki w ok. 1 litrze lekko osolonej wody (1 płaska łyżeczka wystarczy). Następnie okazało się, że nie mam w domu dymki i dysponuję tylko zwykłą cebulą. Nie zrażając się tym faktem, poszatkowałam w drobną kostkę pół główki. 
Jedyne jabłko, jakie pozostało w domu (bo nie pozwoliłam go zabrać Mistrzowi do pracy - w zamian dostał brzoskwinię - żeby nie było, że go głodzę:)) było jonagoldem i jak się później okazało, świetnie współgrało smakiem z resztą dania. 
Co więcej, dla tych, którym połączenie słodkiego jabłka z kurkami wyda się dziwne powiem, że absolutnie nie należy nie doceniać jego udziału - właśnie jego słodycz nadaje potrawie niepowtarzalnego charakteru.
Pokroiłam jabłko w ósemki a następnie w ok. 0,5 cm grubości kawałki. 

Na dużej patelni rozgrzałam 1 łyżkę oleju rzepakowego i 1 łyżkę masła. Zrumieniłam cebulę, a następnie dodałam pokrojone jabłko. Smażyłam ok. 3 minuty na "średnim ogniu" nie pozwalając, by z jabłka zrobił się mus. Odcedziłam kurki i dodałam je do jabłek oraz cebuli. Gdy kurki się delikatnie podsmażyły, dorzuciłam wyciśnięty czosnek.    

Kolejnym krokiem, przybliżającym mnie (i Mistrza) coraz bardziej do degustacji, było dolanie do patelni wywaru z kurek oraz śmietanki i jogurtu naturalnego. Na koniec doprawiłam solą i pieprzem do smaku i delikatnie mieszałam do czasu, aż sos zgęstniał.

W tzw. międzyczasie ugotowałam makaron (ja użyłam tagliatelle) wg wskazań na opakowaniu. 

Umyłam, a następnie pokroiłam w paski pierś z kurczaka. Doprawiłam solą, pieprzem i papryką. Podsmażyłam na drugiej patelni na 1 łyżce oleju. 

Na umytą i odsączoną z wody rukolę nałożyłam makaron. Następnie polałam gęstym sosem kurkowo - jabłkowym, a na sam koniec - położyłam kawałki kurczaka.

Powiem Wam jedno. Zabierając się za przygotowanie tego dania, naprawdę nie sądziłam, że jest ono tak pyszne.

Dodatkowym faktem dodającym sprawie pikanterii jest to, że nie jestem zwolenniczką rukoli. Gdy dostaję w restauracji sałatkę, rukolę zazwyczaj odkładam na bok. Tym bardziej jestem zaskoczona, że postanowiłam wypróbować ten przepis.  
I wierzcie lub nie, ale cały charakter temu posiłkowi nadaje jabłko i rukola - tych dwóch składników nie polecam wymieniać:)







Dziękuję Agacie, autorce bloga w sezonie... za inspirację i miłe słowo:)

Podziękowania dla Mistrza, który uprzątnął horyzont:)

niedziela, 5 sierpnia 2012

Piersi z kurczaka faszerowane suszonymi pomidorami i parmezanem z ryżem curry

Woodstockowe szaleństwa mam już za sobą :( Tym razem zdołaliśmy przyjechać tylko na jeden dzień - ale i tak było warto. Ten festiwal to dla mnie taki fajny czas, kiedy można się po prostu wyluzować i niczym się nie martwić. Nawet ten wszechobecny "galimatias" (nazwijmy to w ten sposób:)) mi nie przeszkadza. Po prostu się wyłączam i chilloutuję. 
Tradycyjnie, do Kostrzyna nad Odrą, przywieźliśmy ze sobą deszcz:) - tego lata wyjątkowo nas to fatum prześladuje. Ledwo wysiedliśmy z samochodu - ulewa. Ale taka konkretna. Na szczęście, nauczeni suwalsko - olsztyńskim doświadczeniem, zaopatrzeni byliśmy w peleryny. To nam pozwoliło cieszyć się bardzo energetycznym występem Eris is my homegirl:) Chłopaki mimo "niesprzyjających warunków atmosferycznych" - delikatnie mówiąc - poderwali wszystkich do rewelacyjnej zabawy.
Później był jeszcze Rust, The Darkness, Marika oraz solidna porcja kurzu i błota:) Radość:)

Podróż powrotna była długa i męcząca (pogoda nagle postanowiła przygrzać powyżej 30 stopni). Szczęśliwie dopisało nam wesołe towarzystwo. Powrót zaowocował także zakupem słusznej porcji kurek u przydrożnego sprzedawcy - wykorzystane zostaną już niebawem. 

Do domu dotarliśmy wygłodniali, nastąpić więc musiała szybka decyzja - co (byle tylko dobrze i szybko) zjeść?
Przegląd lodówki i natychmiastowa reakcja - piersi z kurczaka z ryżem i marchewką. A żeby nie było tak nudno i zwyczajnie - postanowiłam to tradycyjne już danie trochę urozmaicić. 


Składniki:
porcja dla 2 osób
czas przygotowania: 35 min.
stopień trudności: łatwy, średni, trudny
ilość zużytych naczyń: 5 + talerze i sztućce
współczynnik bałaganu: mały, średni, duży

  • 1 worek ryżu parboiled
  • 1 łyżeczka curry
  • 0,5 małej cebuli
  • 0,25 czerwonej papryki
  • 4 łyżki oleju np. rzepakowego
  • 1 łyżka masła
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 duże piersi z kurczaka
  • garść startego parmezanu
  • 4 suszone pomidory z olejowej zalewy
  • sól, pieprz, papryka (do doprawienia)
  • 2 marchewki
  • 2 łyżki selera w zalewie (lub garść świeżego, startego)
  • 0,5 wyciśniętej limonki lub cytryny
  • 1 łyżeczka cukru 

Do roladek zawsze podchodziłam sceptycznie, ponieważ nie chciały mi wyjść. Tym bardziej sama jestem zaskoczona, że na tzw. szybki obiad zdecydowałam się kombinować z zawijaniem. Dotychczas wymyślałam jakieś "metody" utrzymania mięsa w ryzach - a to sznurki, nici, wykałaczki - masakra! Oczywiście nic z tego nie wychodziło - a w zasadzie wszystko wychodziło - najczęściej cały farsz:)

Postanowiłam jakoś zbytnio się nie spinać (w końcu całe woodstockowe wyluzowanie nie mogło pójść na marne!) i nie tarmosić nadmiernie biednej piersi z kurczaka. I tu niespodzianka. Powiem tylko tyle - opłaciło się, gdyż mięso się odwdzięczyło:)

Zatem wstawiamy w garnku wodę na ryż. Po zagotowaniu dodajemy ok. 1 łyżeczkę soli na ok. 1,5 l wody. Wkładamy ryż do wrzącej wody i gotujemy wg wskazań na opakowaniu. W międzyczasie siekamy cebulę i paprykę w drobną kostkę. Na patelnię wlewamy 0,5 łyżki oleju i 1 łyżkę masła (olej po to, by masło się nie przypaliło). Na rozgrzany tłuszcz wsypujemy pokrojone warzywa i podsmażamy, aż zmiękną. Dodajemy curry i mieszamy na "małym ogniu" przez ok. 1 minutę. Dodajemy ugotowany i odcedzony ryż. Mieszamy, aż do połączenia składników.

Myjemy i osuszamy mięso. Przekrawamy je wzdłuż (tak by otrzymać 2 płaty (a w sumie 4) tej samej wielkości i naturalnego kształtu piersi z kurczaka). Doprawiamy z oby dwu stron solą, pieprzem i papryką. Środek piersi posypujemy parmezanem i nakładamy 1 suszonego pomidora. Ściśle zwijamy mięso w roladkę. (Kluczem do udanych roladek jest to, by nie nakładać zbyt dużo farszu. Zatem jeśli korci Was, by dodać jeszcze jednego lub dwa pomidory - troszkę ryzykujecie:) Ta nieduża, ale wystarczająca ilość nadzienia powoduje, że mięsa nie trzeba niczym wiązać i samo utrzymuje kształt roladki.) Czynności powtarzamy z pozostałymi 3 płatami mięsa.  Rozgrzewamy na patelni 3,5 łyżki oleju i obsmażamy mięso ze wszystkich stron (po nałożeniu mięsa na rozgrzany olej możemy skręcić nieco gaz, by uniknąć przypalenia).  

Umytą i obraną marchew ścieramy na małych podłużnych oczkach. Dodajemy seler, wyciśnięty sok z limonki lub cytryny (ja użyłam limonki, bo akurat była w lodówce a cytryny nie miałam - choć zazwyczaj jest na odwrót), cukier i 0,5 łyżeczki oleju. Mieszamy. 

Gotowe! 

Być może brzmi skomplikowanie, lecz zapewniam - ku mojemu zdziwieniu przygotowanie tego dania nie zajęło mi dużo więcej czasu niż zwykłej piersi z kurczaka w panierce.

Serdecznie polecam i życzę smacznego:)

piątek, 3 sierpnia 2012

Naleśniki z owocami sezonowymi

Będę szczera. (Informuję o tym na samym początku, bo zazwyczaj taka nie jestem;))

Gdy na dworze żar z nieba (szkoda, że w czasie mojego urlopu Pani Pogoda nie była tak łaskawa) taki, że zastanawiam się czy jestem jeszcze w Wielkopolsce, czy już na Rodos - jedzenie jest ostatnią rzeczą, o której myślę. Z myśleniem w temperaturze powyżej 30 stopni ogólnie rzecz biorąc jest ciężko, zatem jedyne co przemknie mi przez wyobraźnię, w baaaardzooo zwolnionym tempie, to "jak się żywcem nie ugotować?" Chłodzę się wodą, mrożoną kawą, herbatą miętową. Dla orzeźwienia czytam porady jak sobie radzić z upałami. Tak. Teraz chętnie wróciłabym do Suwałk;)

Ponoć są na świecie ludzie, którzy żywią się energią słoneczną i nie potrzebują tradycyjnego jedzenia - patrz Prahlad Jani. Heterotrofi w czasie tych kilku ostatnich dni naładowali swoje żołądki słońcem chyba na cały rok:)
Myślę, że jednak (na szczęście) ja do takowych nie należę. No, ale co by tu zjeść aby jakoś zaspokoić głód i zmysły, a przy okazji się nie rozpuścić z gorąca? Mięso? Nie. Zupa odpada. Ewentualnie chłodnik - ale jest mi tak gorąco i jestem taka "zmulona", że na samą myśl o obieraniu warzyw już mi się nie chce.

"Nagle! Zobaczysz kwiaty. Nagle! Zobaczysz drzewa. Nagle! Zobaczysz dziwny las." - jak to śpiewała niegdyś Mira Kubasińska - NAGLE w zwolnionym tempie, niczym ospały żółw w głowie zaświtał mi pomysł. 

Naleśniki.




Uwielbiam je w każdej postaci - na słodko, na słono i na pikantno.
Ale, że sezon malinowo - jagodowo - borówkowy w pełni.... trzeba to wykorzystać do maksimum.


Oprócz malin i borówek jako dodatek przygotowałam serek waniliowy. 

Składniki: 
ok. 6 sztuk
czas przygotowania: 15-20 min.
stopień trudności: łatwy, średni, trudny
ilość zużytych naczyń: 3 + talerze i sztućce
współczynnik bałaganu: mały, średni, duży

  • 2 jajka
  • 5 łyżek mąki
  • 50 ml mleka
  • 250 ml wody
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • szczypta soli
  • 2 opakowania serka naturalnego homogenizowanego
  • 1 opakowanie cukru wanilinowego
  • 2 łyżeczki cukru
  • 300 g malin
  • 300 g borówek amerykańskich
  • garść płatków migdałowych

Do głębokiej miski wsypujemy mąkę, 1 całe jajko, mleko, wodę i szczyptę soli. Mieszamy energicznie trzepaczką, tak by nie było grudek. Oddzielamy białko od żółtka drugiego jajka i dodajemy białko do miski z ciastem i dalej mieszamy. Kiedy ciasto nie ma żadnych grudek dodajemy oliwę z oliwek (ten zabieg spowoduje, że nie ma potrzeby smarować patelni tłuszczem)i mieszamy do połączenia składników. Ciasto nie może być zbyt gęste ani zbyt rzadkie. Przekonacie się o tym wlewając ciasto na dobrze rozgrzaną patelnię. Jeżeli ciasto ciężko będzie rozprowadzić kolistym ruchem - tak by pokryło całą patelnię, należy dodać do miski z ciastem trochę wody i ponownie wymieszać. Jeśli ciasto będzie zbyt rzadkie - dosypcie odrobinę mąki i wymieszajcie ciasto na nowo.
Smażymy ciasto naleśnikowe tak długo, aż samo się odlepi od patelni i przewracamy na drugą stronę (cały czas doskonalę technikę, by w końcu przewracać je bez użycia łopatki:)). Czynność powtarzamy, aż do wykorzystania całego ciasta.
W tzw. międzyczasie do naszego oddzielonego żółtka dodajemy serki homogenizowane, cukier i cukier wanilinowy (całe życie myślałam, że jest to cukier waniliowy, a jednak byłam w błędzie). Mnie wystarczą ok. 2 łyżeczki zwykłego cukru, ale myślę, że ten składnik powinniście dodawać wg własnego uznania. Całość energicznie mieszamy i gotowe! Żaden gotowy serek smakowy nie może się równać.
To tyle. 
Usmażony naleśnik smarujemy serkiem, dodajemy borówki i maliny, zwijamy w rulon lub w trójkąt (ja najbardziej lubię rulony), przykrywamy jeszcze raz cienką warstwą serka i owoców. Posypujemy płatkami migdałowymi. Finito.





środa, 1 sierpnia 2012

Wygraj Pakiet VIP na VI Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku w Poznaniu

Moi drodzy,
jeśli: 
- jeszcze nie wiecie co będziecie robić między 9, a 12 sierpnia tego roku, 
- macie trochę wolnego czasu,
- jesteście przy okazji w Poznaniu,
- lub zawsze chcieliście się do Poznania wybrać, lecz brakowało Wam okazji,
- lubicie dobre jedzenie i picie (jeść i pić lub tylko patrzeć na takowe)

teraz trafia się niezwykle dobra okazja! Okazja, której nie sposób przegapić. 

Dokładnie od czwartku (9 sierpnia) do niedzieli (12 sierpnia) w stolicy Wielkopolski - Poznaniu odbywa się VI Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku!!!
Macie niepowtarzalną (aż do przyszłego roku) szansę wziąć udział w niesamowitej przygodzie - zostańcie ODKRYWCAMI SMAKÓW!!!

Stary Rynek w Poznaniu na te kilka dni stanie się kulinarną stolicą Polski. Będziecie mogli spróbować między innymi:

- poznańskich szarych kluch,
- wędzonych i smażonych ryb, 
- serów zagrodowych z różnych regionów Polski (m.in. z Podlasia),
- tradycyjnych nalewek,
- węgierskich wędlin,
- litewskich czarnych chlebów i kindziuków,
- hiszpańskich oliw,
- suszonych pomidorów,
- cypryjskiego sera halloumi - patrz tu,
- win z każdego zakątka Europy.

Jeśli w skryciu przed wszystkimi przygotowujesz nalewki - przełam obawy i pokaż się w końcu całemu światu - weź udział w organizowanym na OFDS konkursie na Polską Nalewkę Roku - informacje o konkursie znajdziecie pod tym linkiem http://www.ofds.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=64&phpMyAdmin=26685721f3b9d514680637e2ed96612e&Itemid=87 W konkursie może wystartować każdy!

Jeśli Wasze dzieci nie przepadają za warzywami - zabierzcie je na WARSZTATY. Katia Roman Trzaska (znana z programu Little Chef w Kuchni +) opowie dzieciom  ile smaków może mieć pomidor, skąd bierze się olej i co to znaczy produkt lokalny. 
Jestem przekonana, że będzie to dla nich niesamowite przeżycie, które sprawi, że z większą ochotą zasiądą do wspólnych posiłków:) 


Coś dla ciała, coś dla duszy. Organizatorzy Festiwalu zadbali również o to, by doznania smakowe wsparte były dobrą muzyką. W trakcie Festiwalu będziecie mogli posłuchać między innymi Poznańskiego zespołu Wolna Sobota.

Sami widzicie, że uciech co nie miara. 
Szczegółowy program VI Ogólnopolskiego Festiwalu Dobrego Smaku znajdziecie na stronie internetowej http://www.ofds.pl/ oraz profilu na Facebooku http://www.facebook.com/pages/Og%C3%B3lnopolski-Festiwal-Dobrego-Smaku/144553542228493

Dla Wszystkich zainteresowanych mam niespodziankę! Macie bowiem możliwość WYGRANIA PAKIETU VIP, który zawiera:
  1. nocleg w hotelu Sheraton dla 1 lub 2 osób, 
  2. 2 wejściówki na wybrane laboratorium smaku, 
  3. 1 wejściówkę na wybrany pokaz Live cooking, 
  4. 2 wejściówki na warsztaty dot. świni złotnickiej
Wystarczy, że w zakładce http://www.facebook.com/pages/Og%C3%B3lnopolski-Festiwal-Dobrego-Smaku/144553542228493?v=app_325065327586012  odpowiecie na pytanie dot. ulubionego elementu programu OFDS, pozostawicie swój adres e-mail oraz wskażecie stronę/bloga, który poinformował Was o konkursie. 

Przekonajcie się na własnym podniebieniu, że tradycyjna kuchnia nie musi być nudna i nie musi pozostawać oderwana od współczesności, a wręcz przeciwnie - może z nią idealnie współgrać.

Gorąco zapraszam!

poniedziałek, 30 lipca 2012

imieniny

Wczoraj były moje imieniny. Dziękuję wszystkim za pamięć i życzenia. W związku ze swoim kulinarnym zacięciem, wzbogaciłam się o kilka kulinarnych wspaniałości, którymi chcę się z Wami podzielić:)


Czyż to nie są najpiękniejsze czekoladki na świecie?
Nigdy wcześniej takich nie widziałam i nie próbowałam. Są naprawdę przepyszne, a opakowanie jest tak proste, że zawartość jest tym większym zaskoczeniem. Nie powiem Wam ile kosztują ani gdzie można je kupić (bo to prezent), ale sami przyznacie - robią wrażenie:)


Czy zadajecie sobie sprawę z tego co tu mamy? W słoiczku znajduje się słodki krem karmelowy, natomiast zawartość żółtego pudełka to towar zdecydowanie pożądany. Proszę Państwa - to oryginalny meksykański sos Mole (czekoladowo - chilli). Owca (przyjaciółka) - nasza reprezentantka wielkiego świata przywiozła mi go z podróży.
Z mole wiąże się pewna historia. Nie pamiętam z jakiej to było okazji (jakieś święta chyba) - Owca robiła u siebie małą kolację, na której zaserwowała kurczaka w tortilli z sosem mole. To  był pierwszy raz kiedy jadłam to cudo. Słodycz i delikatność czekolady w połączeniu z ostrością chilli - mieszanka wybuchowa dla kubków smakowych. Jakiś czas później trafiłam na jednym z portali zakupów grupowych (jestem ich fanką - poluję głównie na kwestie związane z gastronomią) na propozycję meksykańskiej restauracji. Trafiliśmy tam dopiero 3 miesiące później, ale od samego początku wiedziałam co będę zamawiać. Mole. Jak wielkie było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że zaserwowany sos okazał się być zwykłym budyniem czekoladowym - tak przynajmniej wyglądał i smakował. Z sosem Owcy nie mógł się równać. 
Teraz będę mogła go przygotować w swoim domowym zaciszu:) Dam Wam znać jak mi wyszło.


Kolejne pozycje to książki kucharskie. Uwielbiam je za piękne zdjęcia i inspiracje na wyciągnięcie ręki. Lubię przepisy, które nie zawierają jakiś kosmicznych składników, które trudno dostać w sklepie.



Pomimo tego, że Mistrz i ja bardzo lubimy zupy, dość rzadko goszczą na naszym stole. Czas najwyższy, by to zmienić. Teraz na pewno nie zabraknie mi inspiracji.



No i piękna "Cake magic" - zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Piękne ilustracje już pobudzają moje zmysły - aż boję się pomyśleć co będzie, jak wypróbuję jakiś przepis:)

ciastka migdałowo - daktylowe z nutką limonki

W oryginale miały być to ciastka czekoladowo - orzechowe z nutką pomarańczy ale z braku wspomnianych w przepisie składników, musiałam go nieco zmodyfikować i tym sposobem powstały ciastka migdałowo - daktylowe z nutką limonki:)

Wyprodukowałam je kilka dni temu z okazji tzw. kawy:) 

Kawałki migdałów nadają ciastkom chrupkość, natomiast limonka - piękny i intrygujący zapach oraz ciekawy posmak. 

Zabierając się za ich przygotowanie, nie byłam pewna rezultatu, lecz postawiłam wszystko "na jedną miskę" i.... było warto. Zachęcam zatem do modyfikowania przepisów:)


Poniżej podaję składniki wg oryginalnego przepisu, zaczerpniętego z tej książki, oraz modyfikacje, które popełniłam.

Składniki:
ok. 40 sztuk
czas przygotowania: ok. 75-80 min.
stopień trudności: łatwy, średni, trudny
ilość zużytych naczyń: 3
współczynnik bałaganu: mały, średni, duży

  • 300 g mąki pszennej
  • 75 g mąki pszennej razowej typ 2000
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 0,5 łyżeczki soli
  • 200 g masła
  • 200 g białego cukru 
  • 100 g brązowego cukru
  • 2 łyżki drobno startej skórki pomarańczy (ja dodałam startą skórkę z 1 dużej limonki)
  • 2 duże jajka
  • 100 g orzechów włoskich drobno posiekanych (ja dodałam migdały)
  • 180 g ciemnych wiórków czekoladowych (ja dodałam ok. 100 g pokrojonych daktyli)


Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Wykładamy dużą blachę papierem do pieczenia (ciasta jest tyle, że piekłam na 3 razy). 
W misce mieszamy oba rodzaje mąki z sodą i solą. 
W innej dużej misce ucieramy masło z cukrem białym i brązowym oraz skórką pomarańczową (limonkową) na bladożółtą, kremową masę (dobrze jeśli masło nie jest prosto z lodówki, tylko w tzw. temp. pokojowej). Następnie dodajemy jajka i dalej miksujemy. Stopniowo wprowadzamy do masy składniki suche, a na koniec orzechy (migdały) i wiórki czekoladowe (daktyle). 
Ciasto jest dosyć lepkie, więc najwygodniej jest nakładać je na blachę łyżką (nie należy się zbytnio przejmować formowaniem kształtu, bowiem ciasto się "rozlewa" pod wpływem ciepła i zmienia nadaną wcześniej formę) pozostawiając ok. 2,5 cm odstępy.
Pieczemy ok. 10-12 min, aż ciastka przybiorą złocisty kolor i lekko popękają w szczytowych częściach. Pamiętamy, by po ok. 5-6 minutach obrócić blachę o 180 stopni. 
Upieczone ciastka wykładamy np. na deskę do wystygnięcia, a na blachę ponownie nakładamy warstwę ciasta (surowe ciasto, w czasie między upieczeniem pierwszej porcji a drugiej, dobrze jest wstawić do lodówki).  



Ciastka są miękkie lecz chrupiące - zapewniam, nie połamiecie sobie na nich zębów, a wręcz przeciwnie - połechczecie podniebienie:)

Smacznego!

czwartek, 26 lipca 2012

spaghetti napoletana (w wersji z mięsem)

Miało być filmowo. To będzie.

Rozmawiając ostatnio z jedną z moich koleżanek na temat fajnych filmów wartych obejrzenia okazało się, że była święcie przekonana, że moją inspiracją do założenia tego bloga była "Julia i Julia".  Musiałam sprostować jej założenie, ponieważ zaczynając swoją przygodę z blogowaniem nie miałam bladego pojęcia o funkcjonowaniu tego obrazu w dystrybucji filmowej. "Julię i Julię" obejrzałam dopiero niedawno, własnie z polecenia Hani. Wszyscy, którzy go widzieli wiedzą, że Meryl Streep przeszła samą siebie, a scena, w której uczy się siekać cebulę spowodowała u mnie atak śmiechu (wręcz konwulsji) i ból mięśni brzucha przez następne 2 dni:)  Zatem wszystkim, którzy jeszcze go nie widzieli - gorąco polecam.

Inne spojrzenie na jedzenie wywołał u mnie jednak film, którego spora część dotyczy nie tyle gotowania, co celebrowania aktu jedzenia oraz delektowania się smakiem i zapachem potraw. Chodzi o "Jedz, módl się, kochaj" z Julią Roberts, a w szczególności pierwszą jego część - której akcja rozgrywa się w słonecznej Italii. Sposób w jaki pokazane są tu restauracje, małe zatłoczone knajpki, sposób jedzenia i radości jaką to wywołuje u ludzi po prostu uderzył mnie i później nic już nie było takie samo.

Odnoszę wrażenie, że kuchnia włoska uchodzić może za dość pospolitą, gdyż pełno jest wszędzie pizzerii, spaghetterii itp. ale sami zapewne przyznacie mi rację - trafić na pizzę lub makaron z prawdziwego zdarzenia (nie wydając przy okazji fortuny), wcale nie jest tak prosto.

Nie jest też może zbyt wyrafinowana, a już na pewno nie tak elegancka jak kuchnia francuska, ale za to (w moim odczuciu) tak jak żadna inna kuchnia pozwala cieszyć się potrawą w gronie najbliższych. Najzwyczajniej w świecie ma moc zbliżającą ludzi do siebie (prawie jak pewna fioletowa czekolada - ale o tym przy innej okazji).



Oto moja wersja spaghetti napoletana, którego przepis znalazłam w serii wydawniczej  "Podróże kulinarne" dla Rzeczpospolitej - "Kuchnia włoska - tradycje, smaki, potrawy".
Troszkę go zmodyfikowałam - z racji dodania przeze mnie mięsa. Napoletana w naturze (oryginale) występuje bez mięsa - i jeśli tylko pominiecie tą część zamieszczonego przeze mnie przepisu - danie to równie dobrze smakuje i przyjemności może zaznać także wegetarianin:)

Składniki:
porcja dla 3 osób
czas przygotowania: 40 min.
stopień trudności: łatwy, średni, trudny
ilość zużytych naczyń: 5 + talerze i sztućce

  • makaron spaghetti (jak dla Mistrza i mnie - pół paczki)
  • 1 łyżka oliwy
  • 1 łyżka oleju
  • 1 mała drobno posiekana cebula
  • 2 rozgniecione ząbki czosnku
  • 425 g (1 puszka) pomidorów z puszki
  • 0,25 szklanki przecieru pomidorowego
  • 1 łyżeczka białego cukru
  • garść suszonego oregano
  • garść świeżej bazylii
  • parmezan (do posypania)
+ część mięsna
  • 250 g mięsa mielonego
  • przyprawa do mięsa mielonego

Zagotowujemy w wysokim garnku dość dużą ilość wody. Gotujemy makaron spaghetti w osolonej wodzie z dodatkiem oleju wg wskazań na opakowaniu makaronu.
Na patelni podgrzewamy oliwę i podsmażamy cebulę na małym ogniu. Dodajemy czosnek, posiekane pomidory, przecier, cukier i oregano. Gotujemy na małym ogniu bez przykrywki przez ok. 10 - 15 min. aż sos zgęstnieje.
Ugotowany odcedzony makaron dodajemy do patelni z sosem i mieszamy.

część mięsna - można pominąć
Na drugiej, rozgrzanej patelni podsmażamy mięso mielone rozdrabniając je drewnianą łyżką lub szpatułką. Doprawiamy dość dużą ilością przyprawy do mięsa mielonego. Gdy mięso będzie gotowe dodaj je do patelni z sosem.

Nałóż makaron z sosem na talerz. Posyp startym parmezanem oraz umytą i porozdzieraną (nie pociętą) bazylią. (tu uwaga - był czas, kiedy nie przywiązywałam wagi do rodzaju sera, którego dodawałam do spaghetti, lecz wierzcie mi, że poczujecie różnicę, jeśli dodacie parmezanu zamiast np. goudy)

Czas na celebrację:)



Wskazane ubrudzenie brody sosem:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...